Poerasmusowa depresja już minęła, o dziwo nie trwała zbyt długo. Pytanie czy to dlatego, że w Bordeaux było tak kiepsko, czy tu w Polsce jest tak fajnie, a może po prostu szybko się adaptuję do zmian.
Co mi zostało z Erasmusa? Długie wieczory z winem i francuskimi książkami czytanymi w oryginale? Czy raczej zapijanie winem (szczerze mówiąc kiepskiej jakości), siedząc na kanapie przed telewizorem, myśli, co ja teraz ze sobą zrobię.
Minęły już dwa miesiące. Wspomnienia są, choć już nie tak bardzo żywe.
Czy to zamknięty rozdział, i czy to nigdy nie wróci, więc trzeba przestać o tym myśleć, żeby się nie rozpraszać, czy raczej zrobić wszystko, aby znów żyć tak jak tam – beztrosko.
Co mi zostało? Wielkie przyjaźnie, hola hola. W pamięci zostało przechadzanie się ulicami i zamienianie kilku zdań z przypadkowymi osobami. Wszyscy ludzie, którzy chcieli mnie czegoś nauczyć, ale i ci, którzy chcieli tylko udowodnić swoją wyższość.
Jak croissanty – czasem świeże i chrupkie „idealne rozpoczęcie każdego dnia", czasem zjełczałe i wczorajsze. Jak kawa – czasem dokładnie taka, jaką lubisz, podana przez uśmiechniętą kelnerkę, czasem z za dużą ilością mleka w stosunku do kawy, albo „cappuccino" z torebki instant serwowane pod nazwą „cappuccino włoskie". To właśnie jest Francja. I z tym właśnie kojarzy mi się ostatni rok spędzony na Erasmusie w Bordeaux.
A co to, kto to jest Erazmus? Ten, który tutaj ze mną pisze, mój dobry ziomek, hehe.
Ale też, przypominając sobie to wszystko od początku, to niezliczone ilości dokumentów… Czy naprawdę chcę to pamiętać?
Szeroko pojęta integracja… Czy naprawdę chcę to pamiętać?
Stopniowe przekonywanie do siebie ludzi – najfajniejsza sprawa, kiedy twój osobisty czar musi pokonać wszystkie braki językowe.
I stopniowe układanie sobie nowego życia, z nowymi ludźmi. Gdzie chce się szukać analogii nowopoznanych do najbliższych nam osób, zostawionych w domu. Tęsknota i jednoczesne uświadamianie sobie braku tęsknoty, którą wypędza satysfakcja z obecnego stanu rzeczy – dużej odległości od domu i znajomych, swoboda, brak obowiązków. Ta kusząca możliwość „zawieszenia wszystkiego" i powrotu po roku bez – wydawałoby się – żadnych konsekwencji. Ale po powrocie nic już nie jest takie samo.
Małgorzata Osmola
Rany, nie mam pojęcia, jak było. Cześć, jestem Erazmus i byłem w Bordo. Nie, nie żartuję, proszę się nie śmiać, na serio tak się nazywam. Rany, jak na spotkaniu anonimowych erasmusów.
Partir, c'est mourir un peu, mówi się we Francji.
Sprawdziłem – to cytat z utworu Edmonda Haraucourt’a „Rondelde l'adieu” – wiersz to starofrancuski rondel, serio, bardzo zabawny gatunek literacki. U nas frazę adoptował (i adaptował) Jacek Inglot w „Pożegnaniu Sabinek”: „Ktoś kiedyś powiedział, że żegnać się, to jakby trochę umierać.” I co? Ten ktoś miał rację?
Wróciłem i teraz wszyscy to samo, kopiuj-wklej, zgodnym chórem: jak było? No i o czym mam opowiedzieć, od czego zacząć, poza tym nie da się wszystkiego. O romantycznej atmosferze milion procent z tymi wszystkimi Europejkami niepewnego pochodzenia z językami jak krzyżówki? O najlepszych imprezach na świecie gdzie jedni upuszczali, a inni zbierali bas z podłogi i wszyscy popijali czerwonego od krwi winogron Merlota? O multikulti rodzinie, do której wchodzisz, i która tak na serio jest mafią i już nigdy nie uciekniesz? Mogło tak być, wszystko po trochu, jak w dobrej potrawie. A kuchnia francuska, to najlepsza kuchnia na świecie.
A więc niech będzie, że powiem wszystko. Nie sam, Gosia pomoże. To dobry plan, podbijemy wszechświat, a potem się podzielimy. Epopeja erasmusów, post-erasmusów, Europeja. A może „partir, c’est naître un peu”? No bo przecież najpierw trzeba wyjechać, żeby wrócić. A potem już tylko gdzieś wyjeżdżać całe życie.
Chcielibyście wybrać się z nami do Francji?
Michał Erazmus


https://www.facebook.com/groups/1443775022542694/ come on and join! :)
OdpowiedzUsuń