„Porwanie Michela Houellebecqua” – nie
mogłam tego filmu przegapić. Coś, gdzie pojawia się nazwisko Houellebecq po
prostu musi być dobre.
Kim jest ta
tajemnicza tytułowa postać, której nazwiska nie da się poprawnie napisać, a co
dopiero wymówić? To pisarz, który ma na
swoim koncie już kilka książek, w tym moją ulubioną „Mapę i terytorium”.
Przeczytałam i dałam się wciągnąć w jego mroczny i ironiczny świat. Teraz,
nieoczekiwanie, Houellebecq postanowił wykazać się jako aktor.
Przed książkami,
zwabiła mnie do niego otoczka nonszalancji, nie wiedziałam, czy wykreowana przez
niego samego, czy przez media… 40-latek, intelektualista, wszędzie z
papieroskiem i prawie wszędzie z winem, do tego Francuz, wszystko było takie
przyciągające a może nawet i pociągające.
![]() |
| przystojniaczek Michel Houellebecq |
Kolejnej nuty
mistycyzmu dodaje jego totalna nieprzewidywalność; tak tak, byłam jedną z tych
osób, które czekały na spotkanie z nim na festiwalu Conrada w Krakowie 3 lata
temu, gdzie nie uraczył nas swoją obecnością i nikt nie wiedział, gdzie się
właściwie podziewa, nawet jego agent. Czy moje zainteresowanie nim zmalało?
Wręcz przeciwnie – wzrosło, bo to przecież taki „artysta”.
Wracając do
filmu – pierwsza scena: Francuz, który nie wygląda jednak na 40-letniego
nonszalanckiego intelektualistę, ale na 70-letniego żula (jakby to delikatnie
ująć… nie posiada uzębienia). Pali, owszem, choć jakoś tak dziwnie trzyma tego
papierosa, między trzecim a czwartym palcem. Po tym, jak ów koleś pozostaje na
ekranie niebezpiecznie długo, doszło do mnie, że to właśnie Houellebecq we
własnej osobie.
Sceneria filmu
też francuska, ale nie są to paryskie bulwary Haussmanna, w których rozgrywają
się jego powieści, brak „artysty żyjącego w swoim ATELIER na poddaszu kamienicy
z pięknym widokiem na cały Paryż”. Zamiast tego, dostajemy blokowisko na
przedmieściach.
Jak może nam
sugerować tytuł, Pisarz zostaje porwany, lecz profesjonalizm całej akcji jest
godzien raczej „W11 Wydziału Śledczego”. Cały zresztą film sprawia wrażenie
tefałenowskiej superprodukcji tego typu. Wywożą go do babci na wieś (w sensie
babci porywaczy, ich domu rodzinnego), bynajmniej nie jest to malownicza wieś
francuska.
Pisarz bardzo
szybko zżywa się ze swoimi „ciemiężcami”, chcąc nawiązać z nimi konwersację,
opowiada im o teorii literatury, oni mu w zamian o sztukach walki, on im o pisarzach, oni mu
pokazują muskulaturę, on im pisze poematy, oni przyprowadzają mu dziwkę
(ochrońcie mnie przed takimi scenami erotycznymi), a wieczorem wszyscy jedzą
wspólny posiłek, w stylu francuskim, mocno zakrapiany winem i innymi trunkami.
Pisarzowi właściwie niczego tam nie brakuje, oprócz tego, że nie ma zapalniczki
i nie może sobie palić, kiedy chce, co stanowi dla niego dość poważny
problem.
„Porwanie
Michela Houlebecqua” – co za film, co tam się dzieje. Znajdziecie tam wszystko,
bez czego dobry film nie może istnieć – jest intryga, sceny mrożące krew w
żyłach, magnetyczny główny bohater, dialogi od czapy, no i oczywiście ładna
dziewczyna, która za niewielką opłatą chętna jest do spółkowania. Film jest
przewrotny – absolutnie nie-francuski, nie ma pięknych krajobrazów, ale jest za
to brak stylu. Sam sposób w jaki Houellebecq mówi – bełkocze, a jego składnia
właściwa arabskiemu imigrantowi, zupełnie nie przystoi tak Wielkiemu Pisarzowi
(teraz możemy już mówić pisarz i aktor w jednej osobie).
![]() |
| Michel Houellebecq na promocji filmu |
Całość jest po
prostu rozbrajająco śmieszna, to zupełnie coś innego, niż oczekiwałam. Choć w kinie, oprócz kilku scen, tylko ja się
śmiałam, a byli i tacy co wyszli z seansu. Bardzo przydatna przy oglądaniu jest
znajomość francuskiego, bo nie tłumaczone są najśmieszniejsze dialogi (może
dlatego, że są nieprzetłumaczalne), ale wszystkim frankofilom i fanom
Houellebecqa gorąco polecam.
Małgorzata Osmola



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz