poniedziałek, 20 października 2014

Porwanie Żula










         „Porwanie Michela Houellebecqua” – nie mogłam tego filmu przegapić. Coś, gdzie pojawia się nazwisko Houellebecq po prostu musi być dobre.
Kim jest ta tajemnicza tytułowa postać, której nazwiska nie da się poprawnie napisać, a co dopiero wymówić?  To pisarz, który ma na swoim koncie już kilka książek, w tym moją ulubioną „Mapę i terytorium”. Przeczytałam i dałam się wciągnąć w jego mroczny i ironiczny świat. Teraz, nieoczekiwanie, Houellebecq postanowił wykazać się jako aktor.
Przed książkami, zwabiła mnie do niego otoczka nonszalancji, nie wiedziałam, czy wykreowana przez niego samego, czy przez media… 40-latek, intelektualista, wszędzie z papieroskiem i prawie wszędzie z winem, do tego Francuz, wszystko było takie przyciągające a może nawet i pociągające. 


przystojniaczek Michel Houellebecq


Kolejnej nuty mistycyzmu dodaje jego totalna nieprzewidywalność; tak tak, byłam jedną z tych osób, które czekały na spotkanie z nim na festiwalu Conrada w Krakowie 3 lata temu, gdzie nie uraczył nas swoją obecnością i nikt nie wiedział, gdzie się właściwie podziewa, nawet jego agent. Czy moje zainteresowanie nim zmalało? Wręcz przeciwnie – wzrosło, bo to przecież taki „artysta”.
Wracając do filmu – pierwsza scena: Francuz, który nie wygląda jednak na 40-letniego nonszalanckiego intelektualistę, ale na 70-letniego żula (jakby to delikatnie ująć… nie posiada uzębienia). Pali, owszem, choć jakoś tak dziwnie trzyma tego papierosa, między trzecim a czwartym palcem. Po tym, jak ów koleś pozostaje na ekranie niebezpiecznie długo, doszło do mnie, że to właśnie Houellebecq we własnej osobie.
Sceneria filmu też francuska, ale nie są to paryskie bulwary Haussmanna, w których rozgrywają się jego powieści, brak „artysty żyjącego w swoim ATELIER na poddaszu kamienicy z pięknym widokiem na cały Paryż”. Zamiast tego, dostajemy blokowisko na przedmieściach.
Jak może nam sugerować tytuł, Pisarz zostaje porwany, lecz profesjonalizm całej akcji jest godzien raczej „W11 Wydziału Śledczego”. Cały zresztą film sprawia wrażenie tefałenowskiej superprodukcji tego typu. Wywożą go do babci na wieś (w sensie babci porywaczy, ich domu rodzinnego), bynajmniej nie jest to malownicza wieś francuska.
Pisarz bardzo szybko zżywa się ze swoimi „ciemiężcami”, chcąc nawiązać z nimi konwersację, opowiada im o teorii literatury, oni mu w zamian  o sztukach walki, on im o pisarzach, oni mu pokazują muskulaturę, on im pisze poematy, oni przyprowadzają mu dziwkę (ochrońcie mnie przed takimi scenami erotycznymi), a wieczorem wszyscy jedzą wspólny posiłek, w stylu francuskim, mocno zakrapiany winem i innymi trunkami. Pisarzowi właściwie niczego tam nie brakuje, oprócz tego, że nie ma zapalniczki i nie może sobie palić, kiedy chce, co stanowi dla niego dość poważny problem. 
„Porwanie Michela Houlebecqua” – co za film, co tam się dzieje. Znajdziecie tam wszystko, bez czego dobry film nie może istnieć – jest intryga, sceny mrożące krew w żyłach, magnetyczny główny bohater, dialogi od czapy, no i oczywiście ładna dziewczyna, która za niewielką opłatą chętna jest do spółkowania. Film jest przewrotny – absolutnie nie-francuski, nie ma pięknych krajobrazów, ale jest za to brak stylu. Sam sposób w jaki Houellebecq mówi – bełkocze, a jego składnia właściwa arabskiemu imigrantowi, zupełnie nie przystoi tak Wielkiemu Pisarzowi (teraz możemy już mówić pisarz i aktor w jednej osobie).


Michel Houellebecq na promocji filmu


Całość jest po prostu rozbrajająco śmieszna, to zupełnie coś innego, niż oczekiwałam.  Choć w kinie, oprócz kilku scen, tylko ja się śmiałam, a byli i tacy co wyszli z seansu. Bardzo przydatna przy oglądaniu jest znajomość francuskiego, bo nie tłumaczone są najśmieszniejsze dialogi (może dlatego, że są nieprzetłumaczalne), ale wszystkim frankofilom i fanom Houellebecqa gorąco polecam.


Małgorzata Osmola


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz