Podobno suma naszych nałogów jest
stała, a uzależnić się można od wszystkiego. Jedni wciąż wciągają białe linie, inni
podążają z duchem czasu i połykają tabletki. Są też na świecie pracoholicy, a
ponad połowa społeczeństwa zaczyna dzień od kawy. Natomiast piękne i szczytne
może okazać się uzależnienie od sztuki. Ćpanie literatury. Wstrzykiwanie sobie
swoich ulubionych autorów. Idea jak z książek science fiction pochodzi z „Piany
dni” Borisa Viana. Zresztą – jestem pewien, że ludzie wyrabiają o wiele gorsze
rzeczy ze swoimi idolami w zaciszu domów.
Boris
Vian był wizjonerem i człowiekiem-orkiestrą. Francuski pisarz przychodzi na
świat w 1920 roku i zostaje ekscentrykiem już od pierwszych chwil życia – matka
zafascynowana operą „Borys Godunow” postanawia na jej cześć nazwać swojego
syna. Artysta poświęca się sztuce w wielu wymiarach, lecz również – jako
wykształcony inżynier – patentuje wynalazki, silnie zresztą fascynuje się
nauką, również tą w wymiarze artystycznym – wchodzi w szeregi słynnego Kolegium
‘Patafizyki. Jako jeden z pierwszych pisarzy propaguje literaturę science
fiction nad Sekwaną. Zafascynowany kulturą Zachodu próbuje amerykanizować
oporne na takie zabiegi środowisko francuskie. Zaczyna publikować pod
pseudonimem Vernon Sullivan, w ten sposób wydaje pierwszą powieść – czarny
kryminał „Napluję na wasze groby”, którym wywołuje niemały skandal obyczajowy.
Vian pisze piosenki, śpiewa, grywa w zespołach jazzowych. Współtworzy scenariusze,
gra w filmach. Umiera w 1959 roku podczas przedpremierowego pokazu filmu na
podstawie właśnie „Napluję na wasze groby”.
„L'Écume des Jours” – „Piana dni”
(poprzedni polski tytuł „Piana złudzeń”) to jego pierwsza powieść wydana pod prawdziwym
imieniem i nazwiskiem. Książka zostaje świetnie oceniona przez krytyków, a Vian
zaczyna brylować w środowisku francuskich elit. Historia w gruncie rzeczy jest prosta.
Oś fabularna opiera się na miłości głównego bohatera – Colina do pięknej Chloé,
która tuż po ślubie zapada na tajemniczą chorobę, którą okazuje się rosnący w płucach
nenufar. Rozpoczyna się walka z czasem, angażują się przyjaciele – chociażby
Chick fizycznie uzależniony od literatury Jean-Sol’a Partre’a (karykatura
Satre’a). Jest to opowieść bardzo smutna, bo miłość wcale nie musi wygrywać, a
podczas lektury niewiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Jednak to
świat przedstawiony – pełen smaczków literackich i zabawy autora – jest tutaj najważniejszy. Przedstawiony zresztą w
brawurowy i oryginalny sposób. A Viana, drodzy państwo, należy czytać w
oryginale. Miałem to szczęście, że dane mi było przeczytać książkę w języku
autora. Nie jest ona napisana wyjątkowo trudnym językiem, a gdy od czasu do
czasu zerkałem do polskiego tłumaczenia, czułem się nieco rozczarowany. Vian
umieszcza w swojej książce mnóstwo gier słownych, które w pełni można odebrać i
docenić wyłącznie w oryginale. Ot,
chociażby rewelacyjny „pianocktail”,
cudowne pianino zaprojektowane przez Colina, które dzięki grze na nim,
przyrządza nam drinki. To wcale nie taka łatwa sprawa, trzeba uważać, bo
fałszując i źle mieszając nuty, źle miesza się również składniki. Dla
zainteresowanych podrzucam link do jednego z licznych słowników Viana w
Internecie (klik w link!).
„Piana dni” to
także piana surrealizmu, książka aż od niego kipi i jest to surrealizm
prawdziwy, bez zbędnej, efekciarskiej psychodelii. Wchodzimy z Vianem w świat,
który na pozór rządzi się jakimiś
zasadami, pomału oswajamy się z bolesnym przycinaniem powiek, z łapaniem ryb w zlewach,
przy muzyce pianocktailu już prawie
czujemy się jak u siebie, gdy autor znów czymś nas zaskakuje. Wali jak obuchem
w łeb. Za każdym razem. Francuski pisarz tworzy równoległą rzeczywistość, na
pozór podobną do naszej, gdzie ktoś z perwersyjną przyjemnością pozmieniał początkowe
ustawienia i teraz obserwuje skutki jak w efekcie motyla.
Surrealizm
Viana jest krwawy i bezpardonowy. Czasami jest trochę jak u Tarantino – gdy któraś
z postaci kończy swoją rolę, autor po prostu ją uśmierca – i tak oto idylliczne
na pozór ślizgawki przemienić się mogą w krwawe jatki, a postaci w razie
potrzeby są gotowe zabić każdego. Zresztą pisarz do samego finału nie oszczędza
swoich bohaterów. Jest gorzej niż u Kafki, którego zresztą Vian był wielkim
fanem.
Wynaturzenie
i karykatura służą pisarzowi jako forma do krytyki rzeczywistości. Kpi sobie ze
świata, wybiera wady, przywary i otaczające go absurdy, by następnie wyrzeźbić
z ich plastycznej masy swój własny świat. A niektórzy się śmieją, nie
podejrzewając, że śmieją się z samych siebie. Autor nie oszczędza, dostaje się
Kościołowi, homoseksualistom, lekarzom (genialna parodia w postaci doktora Mangemanche,
na polski przetłumaczonego jako Zjadłjad), robotnikom, intelektualistom i
literaturze ogólnie, a zwłaszcza egzystencjalistom i Jean-Paul’owi Sartre’owi,
którego pisarz przezabawnie karykaturuje. Czyżby to w odwecie za to, że Sartre
rzekomo uwiódł żonę Vianowi?
Francuski
autor jednocześnie perfekcyjnie buduje klimat i nastrój, które wraz rozwojem
akcji w książce zmieniają się od idyllicznej sielanki jak z pięknego i
kolorowego snu, aż do czarnobiałego makabrycznego koszmaru. W surrealizmie
Viana wyrażenia „widzieć świat w jasnych” i „w ciemnych barwach” nabierają
nowego, praktycznie dosłownego znaczenia.
Jeszcze dobitniej
widać to w filmowej ekranizacji. Dzieło w reżyserii Michela Gondry’ego weszło do
kin w kwietniu 2013 roku. W Polsce film został niezwykle skrzywdzony
tłumaczeniem tytułu na „Dziewczynę z
lilią” i przeszedł raczej bez większego echa. Produkcja obsadzona jest
przez francuskie gwiazdy, między innymi śliczną Audrey Tautou, czy znanego ze
„Smaku życia” Romaina Durisa. Film jest wierny książce niemalże do bólu i trudno
się go ogląda bez uprzedniego zaznajomienia się z powieścią. To pozycja dla
smakoszy, za to pozycja z wysokiej półki. Szczególne wrażenie robi też świetna muzyka,
która zresztą w samej książce gra niepoślednią rolę – z jazzową „Chloé” Duke’a Ellingtona na czele i
tańcem bigle moi (przetłumaczonym na przeleć mnie).
Takie książki
jak „Piana dni” można ćpać. Wciągać, wstrzykiwać, połykać na raz.
Melodramat, nowoczesna baśń, science fiction? Żadne z tych określeń nie
wyczerpuje tematu. Vian stworzył osobny świat i zaprasza do siebie jak
najlepszy dealer w mieście.
Michał Erazmus

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz