czwartek, 9 października 2014

„L'Écume des Jours” – zagraj to jeszcze raz, Vian, na pianokoktajlu

Podobno suma naszych nałogów jest stała, a uzależnić się można od wszystkiego. Jedni wciąż wciągają białe linie, inni podążają z duchem czasu i połykają tabletki. Są też na świecie pracoholicy, a ponad połowa społeczeństwa zaczyna dzień od kawy. Natomiast piękne i szczytne może okazać się uzależnienie od sztuki. Ćpanie literatury. Wstrzykiwanie sobie swoich ulubionych autorów. Idea jak z książek science fiction pochodzi z „Piany dni” Borisa Viana. Zresztą – jestem pewien, że ludzie wyrabiają o wiele gorsze rzeczy ze swoimi idolami w zaciszu domów.
            Boris Vian był wizjonerem i człowiekiem-orkiestrą. Francuski pisarz przychodzi na świat w 1920 roku i zostaje ekscentrykiem już od pierwszych chwil życia – matka zafascynowana operą „Borys Godunow” postanawia na jej cześć nazwać swojego syna. Artysta poświęca się sztuce w wielu wymiarach, lecz również – jako wykształcony inżynier – patentuje wynalazki, silnie zresztą fascynuje się nauką, również tą w wymiarze artystycznym – wchodzi w szeregi słynnego Kolegium ‘Patafizyki. Jako jeden z pierwszych pisarzy propaguje literaturę science fiction nad Sekwaną. Zafascynowany kulturą Zachodu próbuje amerykanizować oporne na takie zabiegi środowisko francuskie. Zaczyna publikować pod pseudonimem Vernon Sullivan, w ten sposób wydaje pierwszą powieść – czarny kryminał „Napluję na wasze groby”, którym wywołuje niemały skandal obyczajowy. Vian pisze piosenki, śpiewa, grywa w zespołach jazzowych. Współtworzy scenariusze, gra w filmach. Umiera w 1959 roku podczas przedpremierowego pokazu filmu na podstawie właśnie „Napluję na wasze groby”.



            „L'Écume des Jours” – „Piana dni” (poprzedni polski tytuł „Piana złudzeń”) to jego pierwsza powieść wydana pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Książka zostaje świetnie oceniona przez krytyków, a Vian zaczyna brylować w środowisku francuskich elit. Historia w gruncie rzeczy jest prosta. Oś fabularna opiera się na miłości głównego bohatera – Colina do pięknej Chloé, która tuż po ślubie zapada na tajemniczą chorobę, którą okazuje się rosnący w płucach nenufar. Rozpoczyna się walka z czasem, angażują się przyjaciele – chociażby Chick fizycznie uzależniony od literatury Jean-Sol’a Partre’a (karykatura Satre’a). Jest to opowieść bardzo smutna, bo miłość wcale nie musi wygrywać, a podczas lektury niewiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Jednak to świat przedstawiony – pełen smaczków literackich i zabawy autora – jest tutaj  najważniejszy. Przedstawiony zresztą w brawurowy i oryginalny sposób. A Viana, drodzy państwo, należy czytać w oryginale. Miałem to szczęście, że dane mi było przeczytać książkę w języku autora. Nie jest ona napisana wyjątkowo trudnym językiem, a gdy od czasu do czasu zerkałem do polskiego tłumaczenia, czułem się nieco rozczarowany. Vian umieszcza w swojej książce mnóstwo gier słownych, które w pełni można odebrać i docenić wyłącznie  w oryginale. Ot, chociażby rewelacyjny „pianocktail”, cudowne pianino zaprojektowane przez Colina, które dzięki grze na nim, przyrządza nam drinki. To wcale nie taka łatwa sprawa, trzeba uważać, bo fałszując i źle mieszając nuty, źle miesza się również składniki. Dla zainteresowanych podrzucam link do jednego z licznych słowników Viana w Internecie (klik w link!). 
„Piana dni” to także piana surrealizmu, książka aż od niego kipi i jest to surrealizm prawdziwy, bez zbędnej, efekciarskiej psychodelii. Wchodzimy z Vianem w świat, który na pozór  rządzi się jakimiś zasadami, pomału oswajamy się z bolesnym przycinaniem powiek, z łapaniem ryb w zlewach, przy muzyce pianocktailu już prawie czujemy się jak u siebie, gdy autor znów czymś nas zaskakuje. Wali jak obuchem w łeb. Za każdym razem. Francuski pisarz tworzy równoległą rzeczywistość, na pozór podobną do naszej, gdzie ktoś z perwersyjną przyjemnością pozmieniał początkowe ustawienia i teraz obserwuje skutki jak w efekcie motyla.
Surrealizm Viana jest krwawy i bezpardonowy. Czasami jest trochę jak u Tarantino – gdy któraś z postaci kończy swoją rolę, autor po prostu ją uśmierca – i tak oto idylliczne na pozór ślizgawki przemienić się mogą w krwawe jatki, a postaci w razie potrzeby są gotowe zabić każdego. Zresztą pisarz do samego finału nie oszczędza swoich bohaterów. Jest gorzej niż u Kafki, którego zresztą Vian był wielkim fanem.
            Wynaturzenie i karykatura służą pisarzowi jako forma do krytyki rzeczywistości. Kpi sobie ze świata, wybiera wady, przywary i otaczające go absurdy, by następnie wyrzeźbić z ich plastycznej masy swój własny świat. A niektórzy się śmieją, nie podejrzewając, że śmieją się z samych siebie. Autor nie oszczędza, dostaje się Kościołowi, homoseksualistom, lekarzom (genialna parodia w postaci doktora Mangemanche, na polski przetłumaczonego jako Zjadłjad), robotnikom, intelektualistom i literaturze ogólnie, a zwłaszcza egzystencjalistom i Jean-Paul’owi Sartre’owi, którego pisarz przezabawnie karykaturuje. Czyżby to w odwecie za to, że Sartre rzekomo uwiódł żonę Vianowi?
Francuski autor jednocześnie perfekcyjnie buduje klimat i nastrój, które wraz rozwojem akcji w książce zmieniają się od idyllicznej sielanki jak z pięknego i kolorowego snu, aż do czarnobiałego makabrycznego koszmaru. W surrealizmie Viana wyrażenia „widzieć świat w jasnych” i „w ciemnych barwach” nabierają nowego, praktycznie dosłownego znaczenia.
Jeszcze dobitniej widać to w filmowej ekranizacji. Dzieło w reżyserii Michela Gondry’ego weszło do kin w kwietniu 2013 roku. W Polsce film został niezwykle skrzywdzony tłumaczeniem tytułu na „Dziewczynę z lilią” i przeszedł raczej bez większego echa. Produkcja obsadzona jest przez francuskie gwiazdy, między innymi śliczną Audrey Tautou, czy znanego ze „Smaku życia” Romaina Durisa. Film jest wierny książce niemalże do bólu i trudno się go ogląda bez uprzedniego zaznajomienia się z powieścią. To pozycja dla smakoszy, za to pozycja z wysokiej półki. Szczególne wrażenie robi też świetna muzyka, która zresztą w samej książce gra niepoślednią rolę – z jazzową „Chloé” Duke’a Ellingtona na czele i tańcem bigle moi (przetłumaczonym na przeleć mnie).



Takie książki jak „Piana dni” można ćpać. Wciągać, wstrzykiwać, połykać na raz. Melodramat, nowoczesna baśń, science fiction? Żadne z tych określeń nie wyczerpuje tematu. Vian stworzył osobny świat i zaprasza do siebie jak najlepszy dealer w mieście.


Michał Erazmus

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz